Fundusz dla zwierząt powypadkowych – darowizna na cele statutowe
Możesz pomóc również poprzez
PayPal: fundacja@pieskarmel.pl
BLIK na telefon: +48 780 120 955
nr konta bankowego:
11 1140 2004 0000 3102 8348 6787
odbiorca: Fundacja Psa Karmela
w tytule: Darowizna na cele statutowe
Fundusz dla zwierząt powypadkowych
Obecnie walczymy o Rodrigo
Tu nie ma miejsca na obojętność. Rodrigo to psiak powypadkowy, ale okoliczności zdarzenia są jeszcze bardziej przerażające. Został znaleziony, wisząc na ogrodzeniu. Trafił do schroniska w stanie, który trudno opisać bez emocji. Zmasakrowana łapa… dosłownie. Rozwalona, otwarta, z kośćmi na wierzchu. Tkanki w rozkładzie, rana gnijąca, ropiejąca, z potwornym zapachem. Przez środek łapy przechodzi otwór. To nie jest świeży uraz. To są tygodnie cierpienia, którego nikt wcześniej nie przerwał. Schronisko nie miało warunków, żeby zająć się psem w takim stanie. Dlatego poprosili nas o przejęcie Rodrigo. Przyjęliśmy… To nie jest „kolejny pies”. To jest żywa istota, która od dłuższego czasu funkcjonuje jako jedna wielka rana. Teraz jest już u nas. I zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby zatrzymać to cierpienie. Żeby dać mu realną szansę – na leczenie, na ulgę, na życie, które nie będzie już walką o przetrwanie każdej minuty. Bo Rodrigo, mimo wszystkiego, nadal chce żyć. I my nie pozwolimy, żeby został z tym sam. Psiak już trafił do całodobowej kliniki weterynaryjnej.
Obecnie walczymy o Oreo
To jest jeden z tych przypadków, które zostają w głowie na długo – mocny, intensywny, trudny do opisania bez emocji. Oreo trafił do nas w dramatycznym stanie. Pies po wypadku – nie wiemy, kiedy dokładnie do niego doszło, ale obrażenia mówią same za siebie. Cała lewa przednia kończyna jest oskórowana, głęboka rana z każdej strony, tkanki w stanie rozkładu, zgnilizna, silny fetor – łapa w stanie krytycznym. To nie jest świeży uraz, to cierpienie, które trwało. Nie wiemy, ile czasu z tym chodził, nie wiemy, czy ktoś go widział i odwrócił wzrok – wiemy jedno: nikt mu wcześniej nie pomógł. A mimo tego Oreo żyje, patrzy, reaguje i się nie poddał. Teraz jest już pod naszą opieką i zrobimy wszystko, żeby dać mu szansę – na leczenie, ulgę w bólu i życie bez cierpienia, bo on już pokazał, jak bardzo chce żyć.
Obecnie walczymy o Wisienkę
Wisienka została zabrana sprzed igły dosłownie w ostatniej chwili – gmina nie chciała jej diagnozować ani leczyć, uznając, że skoro jest po wypadku, to najprościej będzie ją uśpić i zamknąć temat. A to nieduża suczka, która mimo ogromnego bólu wciąż walczyła i nie poddawała się ani przez chwilę. Jej stan był bardzo ciężki: złamana miednica, złamana kość biodrowa, rozerwany pęcherz. Mocz zamiast być wydalany, gromadził się w jamie brzusznej, zatruwając organizm – każda kolejna godzina oznaczała narastający ból i realne zagrożenie życia. Przetrwała tylko dlatego, że ktoś w porę uznał, że jej życie ma wartość i warto spróbować. Dziś wiemy, że ma realną szansę – nie szybką, ale możliwą. Przed nią intensywne leczenie i długa, wymagająca rehabilitacja, które będą kosztować ogrom czasu, sił i środków, ale to jedyna droga, by mogła wrócić do normalnego życia. To nie jest tylko historia o suczce po wypadku, ale o tym, jak łatwo można zrezygnować i jak wiele zmienia jedna decyzja, żeby jednak zawalczyć.
Nasza fundacja należy do nielicznych organizacji w Polsce, które realnie zajmują się ratowaniem i leczeniem zwierząt po wypadkach drogowych oraz zapewniają im opiekę domową. Podejmujemy się najtrudniejszych przypadków – tych, które w systemie publicznym najczęściej nie mają szans na leczenie, a jedynie na najszybsze „rozwiązanie problemu”. Wspólnie udało nam się uratować – a nierzadko przywrócić nawet do pełni sprawności – już dziesiątki psiaków.
Dlatego tworzymy specjalny fundusz dla bezdomnych zwierząt powypadkowych. Chcemy mieć możliwość natychmiastowego działania – bez czekania, bez kalkulowania, bez podejmowania decyzji pod presją kosztów. W takich sytuacjach liczy się każda minuta, a brak środków bardzo często oznacza brak pomocy.
Uprzejmie prosimy o zasilenie naszego funduszu.
Dlaczego to robimy? Ponieważ w praktyce gminy nie są w stanie zapewnić tym zwierzętom realnego leczenia. Budżety przeznaczane na takie przypadki są bardzo niskie – często to kilkaset złotych. To kwota, która nie pozwala na operację czy hospitalizację. W efekcie jedyną „opcją”, na jaką wystarcza, jest eutanazja, nawet jeśli jest realna szansa na uratowanie zwierzęcia przy pełnym powrocie do sprawności.
My chcemy dawać inną możliwość – leczenie, opiekę i szansę na życie – skoro gminy w większości tego nie robią.
Nasz fundusz to m.in.












Sytuacja zwierząt powypadkowych w Polsce to jeden z najbardziej niedostrzeganych, a jednocześnie najbardziej dramatycznych problemów w systemie ochrony zwierząt. Choć przepisy nakładają obowiązek udzielenia pomocy, w praktyce bardzo często ta pomoc w ogóle nie następuje – nie dlatego, że nie ma możliwości medycznych, ale dlatego, że system nie jest przygotowany ani finansowo, ani organizacyjnie, aby ją zapewnić.
W teorii wszystko wygląda poprawnie. Gminy mają obowiązek zapewnienia opieki zwierzętom bezdomnym, w tym również tym, które ucierpiały w wypadkach. W praktyce jednak kluczowy problem zaczyna się już na poziomie budżetów. W wielu gminach środki przeznaczane na działania weterynaryjne – obejmujące wszystkie przypadki, nie tylko powypadkowe – wynoszą zaledwie kilkaset złotych rocznie. To nie są środki na leczenie. To są środki, które wystarczają co najwyżej na podstawowe, doraźne działania, a w praktyce najczęściej na jedną rzecz – eutanazję.
Jednocześnie w skali kraju wydawane są ogromne pieniądze na system opieki nad zwierzętami. Problem polega na tym, że niemal całość tych środków przeznaczana jest na utrzymanie schronisk i odławianie. Szacunkowo nawet około 90% budżetów trafia na „przechowywanie” zwierząt, a nie na ich ratowanie. System został skonstruowany w taki sposób, aby rozwiązywać problem w ujęciu zbiorowym – zająć się bezdomnością – a nie ratować konkretne życie tu i teraz.
W efekcie powstaje fundamentalna luka. Gmina formalnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, bo posiada umowy, budżet i procedury. Jednak w sytuacji nagłej, jaką jest wypadek, system nie zapewnia realnej pomocy. Nie ma środków na leczenie, nie ma mechanizmu szybkiego finansowania, nie ma też przygotowanej infrastruktury do przyjmowania ciężkich przypadków.
Decyzje, które powinny być podejmowane na podstawie stanu zdrowia zwierzęcia, w rzeczywistości są podejmowane ekonomicznie. Rokowania – które z założenia są oceną medyczną – bardzo często są interpretowane przez pryzmat kosztów. Jeżeli leczenie wymaga kilku czy kilkunastu tysięcy złotych, a dostępny budżet wynosi kilkaset złotych, decyzja staje się z góry przesądzona. W takich sytuacjach pojawia się zjawisko, o którym rzadko mówi się wprost – eutanazja z braku środków.
Kolejnym istotnym problemem jest ograniczenie systemu do współpracy wyłącznie z lekarzami weterynarii, z którymi gmina ma podpisane umowy. W praktyce są to często niewielkie gabinety, które nie dysponują odpowiednim zapleczem do leczenia ciężkich urazów. Brakuje dostępu do zaawansowanej diagnostyki, chirurgii specjalistycznej, całodobowej opieki czy intensywnej terapii. To oznacza, że nawet gdyby pojawiła się wola leczenia, często nie ma gdzie i jak go przeprowadzić.
Najbardziej dramatyczny jest jednak moment tuż po wypadku. To wtedy decydują się losy zwierzęcia. W praktyce bardzo często dochodzi do przerzucania odpowiedzialności – pojawia się pytanie, „czyje to zwierzę?”. Jeśli nie ma właściciela lub nie można go szybko ustalić, zaczyna się impas. Służby, gmina i lecznice czekają na decyzję i potwierdzenie finansowania. W tym czasie zwierzę cierpi, a jego stan się pogarsza.
System nie jest więc nastawiony na ratowanie życia, lecz na minimalizowanie kosztów i formalne zamknięcie sprawy. Najtańszym i najszybszym rozwiązaniem staje się zakończenie życia zwierzęcia. W ten sposób problem znika – przynajmniej z punktu widzenia systemu. Jednak nie ma to nic wspólnego z realną ochroną zwierząt.
Największe luki systemowe są jasne i powtarzalne. To przede wszystkim brak realnych środków na leczenie, brak dostępu do odpowiedniego zaplecza medycznego, uzależnienie decyzji od budżetu, brak natychmiastowej decyzyjności oraz przerzucanie odpowiedzialności między instytucjami. W praktyce oznacza to, że zwierzęta powypadkowe przegrywają nie z obrażeniami, ale z systemem.
Co szczególnie ważne – wiele z tych zwierząt można uratować. Współczesna medycyna weterynaryjna daje ogromne możliwości leczenia nawet bardzo ciężkich przypadków. Operacje, rehabilitacja i odpowiednia opieka pozwalają nie tylko uratować życie, ale często przywrócić pełną sprawność. Problem nie leży więc w braku możliwości, lecz w braku decyzji, środków i struktury, która pozwalałaby z tych możliwości korzystać.
Dlatego zwierzęta powypadkowe w Polsce bardzo często nie dostają swojej szansy. Nie dlatego, że nie da się ich uratować, ale dlatego, że system nie jest zbudowany po to, aby je ratować.



























