Przejdź do treści

Fundusz dla zwierząt powypadkowych – darowizna na cele statutowe

Prosimy, wpisz kwotę wsparcia

Możesz pomóc również poprzez
PayPal: fundacja@pieskarmel.pl
BLIK na telefon: +48 780 120 955
nr konta bankowego:
11 1140 2004 0000 3102 8348 6787

odbiorca: Fundacja Psa Karmela
w tytule: Darowizna na cele statutowe

Fundusz dla zwierząt powypadkowych

Obecnie walczymy o Latte

Podczas prowadzonych czynności na jednej z posesji w województwie podkarpackim, gdzie przebywało około 40 niekastrowanych psów rozmnażających się między sobą, zostaliśmy poproszeni o przyjęcie jednego z nich. Zwierzęta żyły w bardzo trudnych warunkach – zdziczałe, pogryzione, bez opieki, praktycznie z jedną budą na całe stado. To właśnie wtedy trafiła do nas Latte. Od razu zwracała uwagę. Chodziła bardzo krzywo, miała mocno zdeformowane tylne łapy, a każdy krok sprawiał jej wyraźny problem. Kiedyś została potrącona przez samochód, ale przez lata nikt nie zapewnił jej leczenia. Latte jest niemal dzika, przerażona i nie daje się dotknąć. Na jej ciele widać także blizny po pogryzieniach. Diagnoza ortopedyczna pokazała skalę problemu. Latte ma stary uraz po złamaniu kości piętowej z oderwaniem guza piętowego, przez co prawa tylna łapa jest zdeformowana i suczka chodzi, opierając całą stopę o ziemię. Dodatkowo ma zwichnięcia rzepek w obu tylnych łapach – II/III stopnia po prawej stronie i aż IV stopnia po lewej. Lekarze zalecili poważną operację ortopedyczną, która ma dać jej szansę na życie z mniejszym bólem.

Obecnie walczymy o Paproszka

Ostatnio pod naszą opiekę trafił Paproszek – nieduży psiak po wypadku, przejęty na prośbę Gminy Stanisławów.

Stan Paproszka nie jest dobry. Psiak jest zaniedbany, w bardzo kiepskiej kondycji ogólnej (BCS 3/9).

Złamanie miednicy… Jest obolały i wyraźnie zmęczony tym, co przeszedł.

Paproszek znajduje się obecnie pod opieką lekarzy weterynarii. Zrobimy wszystko, aby dać mu szansę na powrót do zdrowia i normalnego życia.
Trzymajcie za tego małego wojownika mocno kciuki.

Obecnie walczymy o Gaję

Gaja to suczka powypadkowa, której historia nie powinna się wydarzyć. Po ciężkim wypadku leżała przy drodze ekspresowej przez kilkanaście godzin bez żadnej pomocy i reakcji służb, a kiedy w końcu trafiła do leczenia, jej stan był już krytyczny. Miednica jest zniszczona w stopniu porównywalnym do urazu po przejechaniu walcem, do tego złamana łapka, a sytuację dodatkowo komplikuje babeszjoza, która bardzo obciąża organizm i utrudnia leczenie. Możemy spróbować ją ratować i jest na to jakaś szansa, ale to bardzo trudny przypadek, a leczenie będzie długie, skomplikowane i bardzo kosztowne, zdecydowanie nie zamknie się w jednej operacji. To walka o życie i jeśli uda się ustabilizować jej stan, pojawia się nadzieja, dlatego podejmujemy ją. System zawiódł po raz kolejny, przez wiele godzin nikt nie zareagował i nikt nie udzielił jej pomocy. Prosimy o wsparcie dla Gai poprzez nasz fundusz powypadkowy.

Obecnie walczymy o Rodrigo

Tu nie ma miejsca na obojętność. Rodrigo to psiak powypadkowy, ale okoliczności zdarzenia są jeszcze bardziej przerażające. Został znaleziony, wisząc na ogrodzeniu. Trafił do schroniska w stanie, który trudno opisać bez emocji. Zmasakrowana łapa… dosłownie. Rozwalona, otwarta, z kośćmi na wierzchu. Tkanki w rozkładzie, rana gnijąca, ropiejąca, z potwornym zapachem. Przez środek łapy przechodzi otwór. To nie jest świeży uraz. To są tygodnie cierpienia, którego nikt wcześniej nie przerwał. Schronisko nie miało warunków, żeby zająć się psem w takim stanie. Dlatego poprosili nas o przejęcie Rodrigo. Przyjęliśmy… To nie jest „kolejny pies”. To jest żywa istota, która od dłuższego czasu funkcjonuje jako jedna wielka rana. Teraz jest już u nas. I zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby zatrzymać to cierpienie. Żeby dać mu realną szansę – na leczenie, na ulgę, na życie, które nie będzie już walką o przetrwanie każdej minuty. Bo Rodrigo, mimo wszystkiego, nadal chce żyć. I my nie pozwolimy, żeby został z tym sam. Psiak już trafił do całodobowej kliniki weterynaryjnej.

Ostatnio uratowaliśmy Wisienkę

Ostatnio uratowaliśmy Oreo

Nasza fundacja należy do nielicznych organizacji w Polsce, które realnie zajmują się ratowaniem i leczeniem zwierząt po wypadkach drogowych oraz zapewniają im opiekę domową. Podejmujemy się najtrudniejszych przypadków – tych, które w systemie publicznym najczęściej nie mają szans na leczenie, a jedynie na najszybsze „rozwiązanie problemu”. Wspólnie udało nam się uratować – a nierzadko przywrócić nawet do pełni sprawności – już dziesiątki psiaków.

Dlatego tworzymy specjalny fundusz dla bezdomnych zwierząt powypadkowych. Chcemy mieć możliwość natychmiastowego działania – bez czekania, bez kalkulowania, bez podejmowania decyzji pod presją kosztów. W takich sytuacjach liczy się każda minuta, a brak środków bardzo często oznacza brak pomocy.

Uprzejmie prosimy o zasilenie naszego funduszu.

Dlaczego to robimy? Ponieważ w praktyce gminy nie są w stanie zapewnić tym zwierzętom realnego leczenia. Budżety przeznaczane na takie przypadki są bardzo niskie – często to kilkaset złotych. To kwota, która nie pozwala na operację czy hospitalizację. W efekcie jedyną „opcją”, na jaką wystarcza, jest eutanazja, nawet jeśli jest realna szansa na uratowanie zwierzęcia przy pełnym powrocie do sprawności.

My chcemy dawać inną możliwość – leczenie, opiekę i szansę na życie – skoro gminy w większości tego nie robią.

Nasz fundusz to m.in.

Sytuacja zwierząt powypadkowych w Polsce to jeden z najbardziej niedostrzeganych, a jednocześnie najbardziej dramatycznych problemów w systemie ochrony zwierząt. Choć przepisy nakładają obowiązek udzielenia pomocy, w praktyce bardzo często ta pomoc w ogóle nie następuje – nie dlatego, że nie ma możliwości medycznych, ale dlatego, że system nie jest przygotowany ani finansowo, ani organizacyjnie, aby ją zapewnić.

W teorii wszystko wygląda poprawnie. Gminy mają obowiązek zapewnienia opieki zwierzętom bezdomnym, w tym również tym, które ucierpiały w wypadkach. W praktyce jednak kluczowy problem zaczyna się już na poziomie budżetów. W wielu gminach środki przeznaczane na działania weterynaryjne – obejmujące wszystkie przypadki, nie tylko powypadkowe – wynoszą zaledwie kilkaset złotych rocznie. To nie są środki na leczenie. To są środki, które wystarczają co najwyżej na podstawowe, doraźne działania, a w praktyce najczęściej na jedną rzecz – eutanazję.

Jednocześnie w skali kraju wydawane są ogromne pieniądze na system opieki nad zwierzętami. Problem polega na tym, że niemal całość tych środków przeznaczana jest na utrzymanie schronisk i odławianie. Szacunkowo nawet około 90% budżetów trafia na „przechowywanie” zwierząt, a nie na ich ratowanie. System został skonstruowany w taki sposób, aby rozwiązywać problem w ujęciu zbiorowym – zająć się bezdomnością – a nie ratować konkretne życie tu i teraz.

W efekcie powstaje fundamentalna luka. Gmina formalnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, bo posiada umowy, budżet i procedury. Jednak w sytuacji nagłej, jaką jest wypadek, system nie zapewnia realnej pomocy. Nie ma środków na leczenie, nie ma mechanizmu szybkiego finansowania, nie ma też przygotowanej infrastruktury do przyjmowania ciężkich przypadków.

Decyzje, które powinny być podejmowane na podstawie stanu zdrowia zwierzęcia, w rzeczywistości są podejmowane ekonomicznie. Rokowania – które z założenia są oceną medyczną – bardzo często są interpretowane przez pryzmat kosztów. Jeżeli leczenie wymaga kilku czy kilkunastu tysięcy złotych, a dostępny budżet wynosi kilkaset złotych, decyzja staje się z góry przesądzona. W takich sytuacjach pojawia się zjawisko, o którym rzadko mówi się wprost – eutanazja z braku środków.

Kolejnym istotnym problemem jest ograniczenie systemu do współpracy wyłącznie z lekarzami weterynarii, z którymi gmina ma podpisane umowy. W praktyce są to często niewielkie gabinety, które nie dysponują odpowiednim zapleczem do leczenia ciężkich urazów. Brakuje dostępu do zaawansowanej diagnostyki, chirurgii specjalistycznej, całodobowej opieki czy intensywnej terapii. To oznacza, że nawet gdyby pojawiła się wola leczenia, często nie ma gdzie i jak go przeprowadzić.

Najbardziej dramatyczny jest jednak moment tuż po wypadku. To wtedy decydują się losy zwierzęcia. W praktyce bardzo często dochodzi do przerzucania odpowiedzialności – pojawia się pytanie, „czyje to zwierzę?”. Jeśli nie ma właściciela lub nie można go szybko ustalić, zaczyna się impas. Służby, gmina i lecznice czekają na decyzję i potwierdzenie finansowania. W tym czasie zwierzę cierpi, a jego stan się pogarsza.

System nie jest więc nastawiony na ratowanie życia, lecz na minimalizowanie kosztów i formalne zamknięcie sprawy. Najtańszym i najszybszym rozwiązaniem staje się zakończenie życia zwierzęcia. W ten sposób problem znika – przynajmniej z punktu widzenia systemu. Jednak nie ma to nic wspólnego z realną ochroną zwierząt.

Największe luki systemowe są jasne i powtarzalne. To przede wszystkim brak realnych środków na leczenie, brak dostępu do odpowiedniego zaplecza medycznego, uzależnienie decyzji od budżetu, brak natychmiastowej decyzyjności oraz przerzucanie odpowiedzialności między instytucjami. W praktyce oznacza to, że zwierzęta powypadkowe przegrywają nie z obrażeniami, ale z systemem.

Co szczególnie ważne – wiele z tych zwierząt można uratować. Współczesna medycyna weterynaryjna daje ogromne możliwości leczenia nawet bardzo ciężkich przypadków. Operacje, rehabilitacja i odpowiednia opieka pozwalają nie tylko uratować życie, ale często przywrócić pełną sprawność. Problem nie leży więc w braku możliwości, lecz w braku decyzji, środków i struktury, która pozwalałaby z tych możliwości korzystać.

Dlatego zwierzęta powypadkowe w Polsce bardzo często nie dostają swojej szansy. Nie dlatego, że nie da się ich uratować, ale dlatego, że system nie jest zbudowany po to, aby je ratować.